Wesprzyj nas

Rozmowa z Waleedem Abumoammar

Opowie mi pan o swojej rodzinie?

Pochodzę z okolic Rafah w Strefie Gazy. Moja rodzina mieszka tam od 200 lub 300 lat, tego dokładnie nie wiemy. Wiosną i zimą to zielony, rolniczy teren. Mój praprapradziadek, który pochodził z Arabii Saudyjskiej, kupił tam ziemię, która była bardzo tania Kiedy byłem dzieckiem, uprawą ziemi zajmował się mój dziadek. Mieliśmy jej około 3 hektarów, niedużo jak na polskie warunki, ale całkiem sporo jak na Strefę Gazy. Dziś moi bracia i ja zajmujemy się już nią tylko z doskoku. Brat po pracy uprawia pszenicę, bo w czasie wojny najbardziej potrzebna jest mąka na chleb. Ta dostarczana w ramach pomocy humanitarnej często była zarobaczona..

Jaki był dom, w którym pan dorastał?

Wielopokoleniowy, jakich wiele w Gazie. Mieszkaliśmy – ja, rodzice i moi trzej bracia – z babcią i dziadkiem. Później, kiedy jeszcze byłem w Palestynie, doszło czwarte pokolenie, bo mój brat się ożenił i urodziła mu się córka. Zaraz obok mieszkał z kolei brat mojego ojca ze swoją żoną i dziećmi. Cała nasza miejscowość to w zasadzie 3-4 rodziny, a większość jej mieszkańców stanowią Abumoammarowie. Tak się żyje w Palestynie, rodziny trzymają się blisko.

Co tłumaczy, dlaczego w wyniku izraelskich bombardowań znikają z powierzchni ziemi całe rody.

W wieżowcach, na przykład w mieście Gaza, mieszkają obok siebie obcy ludzie, jak w Polsce. Ale w mniejszych miejscowościach czy na obrzeżach miast sytuacja wygląda inaczej. W Palestynie, ale też w Egipcie, Syrii czy Jordanii, rzucają się w oczy trzypiętrowe domy. Pierwsze, drugie piętro są pięknie wykończone, a na trzecim trwa budowa. To znaczy, że dziecko dorosło i buduje dla siebie mieszkanie nad rodzicami. Rodzina jest ważna w kulturze arabskiej, także religia ma wpływ na to, żeby dbać o rodziców, nie zostawiać ich na starość, pomagać im w codziennym życiu. Ale w Palestynie chodzi też o kontekst polityczny. Jeśli ma się duży problem, jak my, Palestyńczycy, to łatwiej stawić mu czoła razem.

Jak to się stało, że syn gazańskich rolników trafił na studia medyczne w Polsce? 

Dostałem stypendium, po prostu. To było ogromne przeżycie dla mojej rodziny, bo rodziców nigdy w życiu nie byłoby stać, żeby mnie wysłać na studia za granicę. Sami byli niepiśmienni, ale nas gonili do nauki.

 To chyba standard w palestyńskich rodzinach: edukacja ponad wszystko?

Tak, bez dyskusji. Rodzice i dziadkowie byli przekonani, że jedyna słuszna droga walki z okupantem prowadzi przez edukację. Że mamy być świadomym, wykształconym narodem. Jest taka karykatura, którą uwielbiam: palestyńska mama trzyma w ręku kapeć i pilnuje syna, który, wiadomo, chce iść pobiegać, ale ona każe mu odrabiać lekcje. To była właśnie moja świętej pamięci mama, która nie umiała pisać ani czytać. To dzięki jej surowości moi bracia i ja zdobyliśmy wykształcenie, jeden jest nauczycielem angielskiego w Gazie, drugi pracuje w policji..

Po studiach chciał pan wrócić do Rafah?

Tak, miałem już nawet bilety, ale życie potoczyło się inaczej. Najpierw, w 2006 roku, nie mogłem wrócić z powodu blokady Gazy po uprowadzeniu Gilada Shalita. Potem, kiedy robiłem specjalizację i zacząłem pracować, na dłuższy czas Gazę zablokował z kolei pod naciskiem Izraela Egipt – a to przejście graniczne to jedyny sposób dla mieszkańców Strefy Gazy, żeby wyjechać lub wjechać. Udało mi się pojechać do Gazy dopiero w 2010, a potem w 2021 i 2023 roku, tuż przed wojną, kiedy blokada na granicy została trochę poluzowana.

Rzeczy potoczyły się trochę dziwnie, bo przez te lata, kiedy nie mogłem wyjechać, zdążyłem zbudować sobie życie w Polsce. Mam dom – oczywiście na kredyt, ale jednak – rodzinę, dzieci, które chodzą do szkoły, jestem ordynatorem oddziału. Nie byłoby łatwo oderwać się od tego wszystkiego i przeprowadzić do Gazy, choć bardzo bym tego chciał i wiem, że kiedyś to zrobię. Im dłużej tu jestem, tym trudniej byłoby mi się jednak pożegnać z tym miejscem, tym bardziej, że mam pacjentów, z którymi jestem związany. Mam też dodatkowe dziecko, które nazywa się oddział onkologiczno-hematologiczny. Stworzyłem go i, szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, że mógłbym go zostawić.

Jest pan w grupie osób, które złożyły zawiadomienie do polskiej prokuratury o podejrzeniu popełnienia zbrodni wojennych przez przedstawicieli państwa Izrael. Oskarża ich pan o śmierć 109 członków swojej rodziny i innych bliskich osób.

110, bo ostatnia zginęła już po podpisaniu rozejmu.

Kto jest na tej liście?

Nie tylko krewni, ale też na przykład nasz sąsiad, Muhammed Jarghoun, dziennikarz, który został zastrzelony 7 października na wschodzie Rafah, kiedy relacjonował wydarzenia. Nasze rodziny sąsiadowały z sobą od czasów naszych pradziadków, jego mama jest moją kuzynką. Kiedy jeździłem do Gazy, spędzałem z nim praktycznie przez cały czas. Pracował dla firmy produkcyjnej Smart Media, nie znam dokładnych okoliczności jego śmierci, ale  o jego zabójstwie donosiło m.in. BBC, a Komitet Ochrony Dziennikarzy (CPJ) i UNESCO wydały oświadczenia potępiające to zabójstwo i inne zabójstwa dziennikarzy.

Muszę też koniecznie wspomnieć o moim kuzynie, Hamzie Abumoammarze. Wszyscy z listy zginęli w tragiczny sposób, ale los Hamzy boli mnie szczególnie mocno. Było zimno i kolega poprosił go, żeby pojechał z nim do domu, z którego został wysiedlony, żeby poszukać ciepłych ubrań dla córek. Nieśli je, kiedy zbombardował ich izraelski dron. Na zdjęciach, które opublikowała Al Jazeera, obok rozerwanych ciał były worki z ubraniami dla dzieci.

Na liście nie ma innego sąsiada, Wassima, ale o jego śmierci też chciałbym opowiedzieć. Zginął jakieś półtora miesiąca temu, miał 22 albo 23 lata, też mieszkał kilkanaście metrów od nas. Nie tylko był pięknym chłopakiem, ale jego imię właśnie to znaczyło – przystojny. W naszym domu mieści się sklep, który należy do mojego kuzyna. Jest tam punkt dystrybucji gazu ziemnego, butli z gazem. To najwyraźniej nie spodobało się osobie, która zza komputera sterowała dronem. Odpaliła rakietę. Przy sklepie zginęły dwie osoby, jedną z nich był właśnie Wassim.

Dom kuzyna, który ma sklep, też został zresztą zbombardowany wiosną ubiegłego roku. To była masakra, zginęło tam 14 osób. Wszystkie znałem osobiście. Siostra mojej żony mówi, że wydarzył się wtedy cud. W islamie wierzymy, że kiedy ktoś umrze męczeńską śmiercią, w powietrzu unosi się zapach piżma, pięknych arabskich perfum. Po śmierci tamtych ludzi zapach piżma był wyczuwalny nawet kilkadziesiąt metrów od ich domu.

Jest jeszcze jedna śmierć, o którą najtrudniej mi zapytać. Wydarzyła się w 2014 roku, w czasie operacji wojennej Izraela w Strefie Gazy, w której brał udział jako pilot obecny minister edukacji, Joaw Kisz, który przyjeżdża do Polski w izraelskiej delegacji na obchody w Auschwitz.

To był 23 lipca, pracowałem wtedy w szpitalu. Kiedy skończyłem przyjmowanie pacjentów, dostałem wiadomość od sąsiada w Gazie, że nasz dom został zbombardowany. Na początku wydawało się, że nie ma ofiar, ale ktoś znalazł ciało mojej mamy, spalone, kilkanaście metrów od domu, na działce sąsiadów. Siedziała akurat na balkonie i przygotowywała ramadanowy obiad. To był bardzo mocny atak, został po nim lej głębokości ośmiu metrów. A to był zwykły dom, nie było żadnego militarnego uzasadnienia dla ataku, nie miał związku ze zbrojnym oporem, nie było tam broni ani tajnych baz.

Oskarża pan Joawa Kisza o śmierć mamy?

Brał udział w tej operacji wojskowej jako pilot, więc potencjalnie mógł to być on. Domagam się, aby prokuratura sprawdziła, kto tego dnia w okolicach godziny 13.00 zrzucił bombę na mój dom i zabił moją matkę. 

Dlaczego zdecydował się pan złożyć doniesienie?

Żeby była sprawiedliwość na ziemi. Zbrodniarze wojenni nie powinni być na wolności, wśród ludzi, jak gdyby nigdy nic. Nie może być tak, że człowiek nie jest uważany za mordercę, bo nie zabija własnymi rękami, tylko naciska przycisk lub wydaje decyzje. Ci, którzy mają krew na rękach,  nie mogą cieszyć się spokojem w żadnym miejscu na świecie. Muszą wiedzieć, że gdziekolwiek zechcą pojechać – do Polski czy na Malediwy – będą mieli do czynienia z wymiarem sprawiedliwości. Świat powinien bojkotować zbrodniarzy, a ludzie sprawiedliwi nie chcieć mieć z nimi nic do czynienia.

Czy dochodzenie Międzynarodowego Trybunału Karnego przeciwko nim to za mało?

Moja mama została zamordowana w zbrodniczy sposób. Jestem Polakiem i dotknęła mnie osobiście wielka krzywda. A Polska jako kraj praworządny, przynajmniej tak mówią, powinna chronić swoich obywateli, a ja jestem polskim obywatelem. Jeżeli osoba, która dokonała zbrodni przeciwko mojej rodzinie nie jest Polakiem, to zgodnie z prawem powinna mieć zakaz wjazdu do Polski albo, jeśli tak się stanie, stanąć przed polskim sądem. 

Tymczasem wypowiedzi niektórych członków rządu są skandaliczne, jak ostatnio słowa Teofila Bartoszewskiego, który twierdził, że nie ma takiego kraju jak Palestyna. Tacy ludzie powinni uczyć się historii, a nie zajmować sprawami publicznymi. Te słowa to nie tylko wyraz złej woli, ale też skrajnej ignorancji, bo Polska uznaje Palestynę jako państwo od 1988 roku.

A jak pan, jako lekarz, który ma dużo kontaktu z przypadkowymi ludźmi, odbiera postawy osób w Polsce wobec Palestyny? Co Pan słyszy od pacjentów?

Większość ludzi nie interesuje się sprawami zagranicznymi, chociaż ci pacjenci, którzy wiedzą, że jestem z Palestyny, raczej się ze mną solidaryzują. Ambasador Izraela w Polsce napisał jakiś rok temu, że antysemityzm ma się dobrze w Polsce. Istnieje, nie zaprzeczam. Ale w solidarności z Palestyną chodzi o ludzką tragedię, choć na pewno są osoby i grupy, które próbują się podłączać pod propalestyński ruch, bo nienawidzą Żydów bardziej niż muzułmanów.

W moim najbliższym kręgu – stałych pacjentów, kolegów, personelu – wszyscy interesują się Palestyną z mojego powodu. Codziennie słyszę słowa wsparcia, które podnoszą mnie na duchu.  Kiedy rząd zdecydował, że będzie chronił Netanjahu, gdyby zechciał przyjechać na obchody w Auschwitz, przyjmowałem akurat pacjentów w Warszawie. Pod koniec wizyty pytam mężczyznę, czy wszystko jest jasne, czy może mam mu coś wytłumaczyć.. „Tak, wszystko jasne, tylko jednej rzeczy nie rozumiem” – mówi pacjent. „Decyzji naszego rządu”.  

Waleed Abumoammar – urodzony w Rafah w Strefie Gazy lekarz onkolog, ordynator oddziału. Mieszka w Polsce od 1999 roku, od 2013 roku jest polskim obywatelem. 24 stycznia wraz z innymi pokrzywdzonymi złożył w Prokuraturze Krajowej zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia zbrodni wojennych przez przedstawicieli państwa Izrael.

Rozmowę przeprowadziła Aleksandra Lipczak