Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że Polska naruszyła prawa rodzin romskich przymusowo wysiedlonych z osiedla przy ul. Paprotnej we Wrocławiu. Wyburzenie ich domów w 2015 roku odbyło się z naruszeniem Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.
Romowie bez ostrzeżenia stracili dach nad głową
22 lipca 2015 roku miasto Wrocław wyburzyło niewielkie osiedle, w którym od 2009 roku mieszkało kilka rodzin romskich. Mieszkańcy nie zostali o tym poinformowani – rano wyszli do pracy, a po powrocie zastali gruzowisko. Stracili nie tylko domy, ale także dokumenty, leki i cały dobytek.
„To była sprawa całego miasta”
Eksmisja Romów wywołała silną reakcję społeczną. – „W sprawę zaangażowali się mieszkańcy, artyści, naukowcy. Organizowano zbiórki, szukano mieszkań, pomagano dzieciom w nauce. To pokazało, że społeczeństwo potrafi reagować na niesprawiedliwość” – mówi Agata Ferenc, etnolożka i tłumaczka kulturowa Nomady.
Miasto miało możliwość działania inaczej
Pod naciskiem społecznym Wrocław wdrożył działania wspierające romskie rodziny – część osób uzyskała pomoc w legalizacji pobytu i dostęp do mieszkań. Jednej rodzinie udało się uzyskać mieszkanie socjalne.
Co dalej?
Wyrok ETPC jest ważnym precedensem. Pokazuje, że prawa człowieka dotyczą wszystkich i nie mogą być bezkarnie łamane. To także sygnał dla władz samorządowych – polityka migracyjna musi uwzględniać realne potrzeby mniejszości i chronić przed bezdomnością.
„To była sprawa całego miasta”
Rozmowa z Agatą Ferenc o wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, solidarności mieszkańców i zmianach w polityce migracyjnej
Jak się czułaś, gdy dowiedziałaś się o wyroku?
Agata Ferenc: Trudno mówić o zaskoczeniu, bo ten proces trwał prawie dekadę. Już od roku wiedzieliśmy, że decyzja zapadnie, ale kiedy to się stało, pomyślałam głównie o tych ludziach – co to dla nich oznacza? Jak można im to wytłumaczyć? Jak opowiedzieć im o skomplikowanych procedurach prawnych, skoro system przez całe ich życie traktował ich jako niewidzialnych?
To był bardzo długi proces, ale dla nich kluczowe było to, że ktoś się za nimi wstawił, że ich historia została zauważona. Właśnie na tym polegała moja rola – bycie pomostem między społecznością Romów a systemem, który nie rozumiał ich realiów i vice versa.
Czy 5 tys. euro odszkodowania to sprawiedliwa rekompensata?
To symboliczne zadośćuczynienie. Wycena strat była zupełnie inna, ale te pieniądze mogą poprawić ich życie – pomóc w leczeniu, wyremontowaniu domu w Rumunii.
To przymusowe wysiedlenie miało swoją cenę – dla tych ludzi to była utrata wszystkiego: domów, dokumentów, wspomnień, bezpieczeństwa. Żeby to zrozumieć, trzeba zobaczyć ich życie z ich perspektywy.
Co działo się z Romami po wysiedleniu?
Przenieśli się na teren przy ul. Kamieńskiego, ale to było kolejne prowizoryczne rozwiązanie – brak dostępu do bieżącej wody, brak warunków sanitarnych, brak jakiegokolwiek wsparcia. Władze nie zaoferowały im mieszkań, pomocy psychologicznej, niczego.
Wśród nich były dzieci i osoby starsze, osoby z niepełnosprawnościami. I one wszystkie nagle znalazły się w sytuacji absolutnej bezradności. To był test dla systemu społecznego i jego instytucji – test, który w dużej mierze został, na tamten moment, oblany
Jak wyglądała reakcja społeczności Wrocławia?
I tu dochodzimy do tego, co było w tym wszystkim najbardziej niezwykłe – do solidarności. Bo choć instytucje zawiodły, to ludzie stanęli na wysokości zadania. To nie była sprawa jednej organizacji, kilku aktywistów. To była sprawa całego miasta.
Pamiętam, jak w sprawę zaangażowało się środowisko kultury, nauki, grupy aktywistyczne, artyści, artystki.. To nie była tylko walka prawna – to była próba powiedzenia głośno: „To są nasi sąsiedzi, mieszkańcy Wrocławia. Nie możemy się odwrócić”.
Co to znaczyło w praktyce?
To były bardzo konkretne działania. Ludzie organizowali oddolne wsparcie – załatwiali pracę, pomagali w formalnościach, prowadzili zajęcia dla dzieci. Kiedy instytucje nie działały, społeczność wzięła sprawy w swoje ręce.
Pamiętam, że nawet zwykłe codzienne rzeczy miały ogromne znaczenie – ktoś zabierał dzieci na basen, ktoś inny pomagał w nauce. Nagle to koczowisko stało się miejscem, do którego ludzie przychodzili z chęcią wsparcia, a nie tylko z ciekawości czy obawą.
I to zmieniło nie tylko sytuację Romów, ale też samych mieszkańców Wrocławia. Ludzie zaczęli inaczej patrzeć na migrantów, na uchodźców, na tych, którzy żyją na marginesie. To była prawdziwa lekcja integracji.
Czy reakcja urzędów zmieniła się pod wpływem tej społecznej presji?
Tak. Na początku urzędnicy nie wiedzieli, jak rozmawiać z Romami. Pamiętam pierwsze spotkania, kiedy ich miny mówiły: „Jak się z nimi dogadać?”, bo nie mieli żadnego doświadczenia. My wciąż powtarzaliśmy: „Po prostu usiądźcie i porozmawiajcie”.
Z czasem sytuacja zaczęła się zmieniać. Romowie zaczęli być traktowani jako pełnoprawni uczestnicy rozmów. Ich przedstawiciele jeździli do Warszawy, rozmawiali z ministerstwami, uczestniczyli w spotkaniach. To był ogromny postęp.
Czy miasto wyciągnęło z tego lekcję?
Tak, i to jest jedno z większych osiągnięć tej historii. Bo ta historia zaczęła się od tragedii – przymusowego wysiedlenia. Ale skończyła się wypracowaniem mechanizmów, które potem pomogły także innym migrantom i uchodźcom.
Dziś Wrocław wypracowuje lokalną politykę migracyjną. To, że teraz mówi się o potrzebie integracji migrantów, to w dużej mierze zasługa tamtych wydarzeń. Wtedy nauczyliśmy się, że integracja to nie tylko zadanie urzędów, ale wspólna odpowiedzialność mieszkańców.
Co ten wyrok mówi nam o przyszłości polityki migracyjnej?
To przypomnienie, że prawa człowieka nie mogą być łamane bez konsekwencji. Strasburg tworzy precedensy – ten wyrok to nie tylko sprawa Romów z Paprotnej, ale sygnał dla całej Europy. Jeśli chcemy budować otwarte społeczeństwo, musimy wyciągać wnioski z takich spraw.
Mamy teraz szansę, żeby nie traktować tej historii jako zamkniętego rozdziału, ale jako lekcję. Wyrok w Strasburgu to dobry moment, żeby spojrzeć wstecz i zobaczyć, co z tej historii wynika. Bo jeśli nie będziemy pamiętać, to za kilka lat możemy popełnić te same błędy.
Czy jest coś, co daje Ci nadzieję na przyszłość?
Tak. Patrząc na ostatnie 10 lat, widzę zmianę. Romowie, a przede wszystkim Romni, mają dziś w Polsce silniejszy głos, więcej organizacji z nimi współpracuje, powstały mechanizmy wsparcia. To, co wydarzyło się we Wrocławiu, było jednym z pierwszych takich przypadków w Polsce i miało wpływ na kolejne działania.
Poza tym wciąż są ludzie, którzy chcą działać, którzy nie godzą się na wykluczenie. To jest ta nadzieja. Prawa człowieka są ważne i warto o nie walczyć, może nawet właśnie szczególnie teraz, kiedy na poziomie globalnym obserwujemy ich erozję. To my jesteśmy odpowiedzialni jak ma się ich przestrzeganie w naszym najbliższym otoczeniu
